Najlepsze gry, których nie skończyłem

Odkąd zostałem rodzicem czas wolny, który mogę przeznaczyć na granie, mocno się skurczył. Jasne, czasami uda się położyć dzieci spać odrobinę wcześniej, co więcej, może nawet tak się złoży, że nie obudzą się wołając o mleko jak tylko uruchomię konsolę, ale są to drobne zwycięstwa, które w ostatecznym rozrachunku niewiele wnoszą. To, a także natłok obowiązków życia dorosłego czy chociażby podstawowa potrzeba snu sprawia, że naprawdę ciężko jest znaleźć gry, zwłaszcza z segmentu wysokobudżetowych, które ukończyłem. I nie, nie mam na myśli zdobycia wszystkich dostępnych osiągnięć (to – w momencie pisania tego tekstu – udało mi się tylko w Marvel’s Spider-Man), ale zwyczajne ukończenie głównej osi fabularnej. Poświęcenie kilkudziesięciu godzin to realnie nawet kilka tygodni na ukończenie gry. Często zdarza się, że w tym czasie jakaś inna gra przyciągnie moją uwagę i odrywa mnie od ukończenia tej już rozpoczętej.
Oto pięć najlepszych gier, które powinienem był ukończyć, ale mi się to nie udało.

5. Dishonored

Nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby świata, w którym dzieje się akcja Dishonored pięknym. Wszędzie jest szaro i ponuro, panuje paskudna plaga roznoszona przez krwiożercze hordy szczurów, do tego część ludzi została zmieniona w bezmyślne zombie. Najbardziej heroiczna postać w całej historii jest w najlepszym razie zabójcą, a w najgorszym masowym mordercą. A jednak to uniwersum jest tak zbudowane, że zapiera dech w piersiach! Każdy z elementów – historia tego świata, postacie i ich intrygi, a także elementy nadprzyrodzone – tworzą razem całość tak doskonałą, że banalnie łatwo zakochać się w tym mrocznym i ponurym miejscu.
Przez wzgląd na beznadziejny refleks zawsze ciągnęło mnie do gier z elementami skradanymi, a że Dishonored bazuje głównie właśnie na nich poczułem się tam jak w domu. Każde zadanie można wykonać na kilka sposobów, przeciwników można równie dobrze ominąć jak i wyeliminować. Choć w grze jest dostępny wachlarz mocy nadprzyrodzonych da się przejść ją całą nie używając ich ani razu. Smaczku całości dodaje fakt, że zależnie od naszej żądzy krwi stan świata mógł się realnie pogorszyć!
To wszystko razem stworzyło unikalną mieszankę, która wciągnęła mnie na całego… na kilka tygodni. Bawiłem się niesamowicie usiłując przejść całą grę bez ani jednego śmiertelnego ciosu, aż jedna z misji okazała się trochę bardziej wymagająca. Kilka podejść później uznałem, że potrzebuję odpoczynku i świeżego spojrzenia, a na pewno odnajdę właściwe rozwiązanie problemu. I jakoś tak… nigdy już do tej gry nie wróciłem.

4. Horizon: Zero Dawn

Sad Kratos caressing a tree

Długo wahałem się przed zakupem pierwszej konsoli, będąc od dziecka zapalonym pecetowcem. Oczywiście, głównym powodem zmiany sprzętu był fakt, że mój najlepszy przyjaciel (cześć Aru!) sam przerzucił się na konsolę. Drugim powodem był Horizon: Zero Dawn. Wystarczyła krótka zajawka, jeden trailer i zakochałem się w tym świecie. Postapokaliptyczny świat, ale w żywych, pięknych kolorach pełen zmechanizowanej fauny, na którą można polować łukiem i włócznią z mechaniką silnie naciskającą na ataki z zaskoczenia? Jakby ktoś tworzył tę grę z myślą o mnie!
Pomijając już oszałamiające piękno tej gry, zarówno rozgrywka jak i historia są tak fantastycznie zbudowane, że bardzo ciężko z początku znaleźć jakiekolwiek wady HZD. Ten tytuł wciąga i nie pozwala oderwać się od ekranu przez godziny, a do tego każde udane polowanie uzależnia niczym narkotyk.
Niestety po ten tytuł sięgnąłem na samym początku swojej przygody z konsolami, kiedy nie dość, że umiejętność celowania przy sterowaniu padem u mnie zwyczajnie nie istniała, to jeszcze czułem się przytłoczony liczbą gier, które teraz znalazły w moim zasięgu. Miałem dostęp do ogromnej biblioteki tytułów, z której każdy kusił i zachęcał do gry, więc chciałem spędzić chociaż chwilę w tych zdumiewających światach, przez co Horizon: Zero Dawn poszedł w odstawkę. Szczęśliwie niedawno wróciłem do tej gry i kto wie, może tym razem uda się ją ukończyć?

3. Red Dead Redemption 2

Dwa słowa: Dziki Zachód. Może to przez fakt, że ojciec namiętnie oglądał w niedziele westerny, a może przez to, że jedną z dwóch najczęściej czytanych książek mojego dzieciństwa był Winnetou, zawsze ogromnie fascynował mnie Dziki Zachód. I choć przecież pierwsza część Red Dead Redemption wyszła w 2010, nigdy nie dane mi było w nią zagrać, gdyż nie ukazała się na komputerach osobistych. Gdy jesienią 2018 wyszła druga część nie posiadałem się ze szczęścia, że nareszcie zagram w dobrą grę o kowbojach.
RDR2 okazało się być jak GTA, tylko dużo lepsze – a jednocześnie dużo wolniejsze. Świat gry był ogromny, działo się w nim naprawdę wiele, zaś fabuła była zawiła, wciągająca, ale przede wszystkim długa. I właśnie w tej długości upatruję powodu mojego niedokończenia gry. Zaangażowałem w poznanie historii Arthura całe mnóstwo godzin, a ona nadal trwała. Owszem, doskonale się przy tym bawiłem (więksość czasu), ale też niemiłosiernie przeciągało się to w czasie.
Gdy wreszcie dotarłem do aktu, gdzie cała ekipa ni stąd ni zowąd znalazła się na wyspie Guarma straciłem zapał do śledzenia wątków. Nie dość, że ten epizod nie wnosił niczego konkretnego do historii, to jeszcze był całkowicie liniowy, odbierając swobodę wyboru, która tak urzekała w poprzednich etapach. Odłożyłem pada i jakoś – ponownie – nigdy nie wróciłem do gangu Van Der Linde.

2. God of War (2018)

Sad Kratos caressing a tree

Z racji, że moja przygoda z konsolami zaczęła się od PlayStation 4, a i to dopiero w 2018, seria God of War przeszła gdzieś obok mnie. Wiedziałem, że to istnieje, nawet chyba kiedyś u kolegi spędziłem kwadrans lub dwa w którejś starszej części, ale te gry nigdy nie przykuły mojej uwagi na tyle, bym się nimi zainteresował. Dopiero usilne nalegania mojego przyjaciela (cześć Aru!) skłoniły mnie do zapoznania się z najnowszą odsłoną przygód tytułowego Boga Wojny.
Już od pierwszych minut byłem zdumiony tym, jak Kratos, który słynie z okazjonalnej utraty panowania nad emocjami, jest dobrze napisaną, dopracowaną, a przede wszystkim pełnowymiarową postacią. Jego relacje z synem i niezręczność, z jaką próbuje się odnaleźć w tej roli skutecznie grały na moich uczuciach i własnych doświadczeniach rodzicielskich. Jeżeli dodamy do tego fantastyczną oprawę graficzną, niesamowitą pracę kamery i bardzo satysfakcjonującą rozgrywkę otrzymujemy jedną z najlepszych gier, w jakie dane mi było zagrać.
Los jednak chciał, bym nie dokończył tej historii. Po tym, jak seria niefortunnych zdarzeń – przerwa w dostawie prądu, pobudka dziecka czy zaśnięcie przed konsolą – zmusiły mnie do przechodzenia tego samego etapu po raz czwarty uznałem, że mam dość. Zarządziłem przerwę, która trwała prawie dwa lata. Szczęśliwie, niedawno wróciłem do gry, tym razem na streamie. Trzymam kciuki, że doprowadzę ją do finiszu.

1. Wiedźmin 3

Zależnie od tego, jak na to spojrzeć, to Wiedźmina 3 prawie przeszedłem (patrząc tylko na podstawową wersję gry), lub przeszedłem go ledwie połowę (doliczając oba dodatki fabularne) – co porównując do powyższych wpisów i tak jest wynikiem mocno imponującym jak na moje doświadczenia. W podstawowej wersji gry spędziłem ponad osiemdziesiąt godzin, przy czym prawie w ogóle nie grałem w Gwinta!
A nie da się ukryć, że Wiedźmin naprawdę mnie wciągnął. Fajnie było nareszcie mieć jakąś spójną i sensowną fabułę, która odnosi się do poprzednich części jak i historii z książek, a do tego sama rozgrywka była angażująca. Polowanie na potwory przypominało faktyczne polowanie, z tropieniem i zbieraniem informacji, a walka była wymagająca, ale nagradzała zastrzykiem endorfin.
Niestety miałem wrażenie, że im bliżej byłem finału, tym bardziej gra nie chciała mnie do niego dopuścić, wciskając mi na siłę dodatkowe zadania i wymyślając sposoby, żeby zatrzymać mnie w tym wirtualnym świecie na kilka godzin więcej. W ostatecznym rozrachunku straciłem zapał i nie czułem potrzeby doprowadzenia historii do końca. To natomiast sprawiło, że jakoś nie umiałem się zabrać za Serce z Kamienia ani Krew i Wino, skoro nadal podstawka czekała na dokończenie.


Rzecz jasna nieukończonych przeze mnie tytułów jest o wiele, wiele więcej. Przygotowując ten tekst bez wysiłku stworzyłem listę dziesięciu gier, a później pojawiały się kolejne. Niestety, posiadam umiejętność skupienia uwagi godną cocker spaniela. To kolejny powód, dla którego nie angażuję się mocno w zdobywanie trofeów, bo ciężko o komplet, kiedy nie mogę doprowadzić fabuły do końca.
Paradoksalnie, najwięcej godzin spędzam w grach, których ukończyć się nie da. Takie The Division czy Warzone, na które poświęciłem setki godzin, zjadły czas w trakcie którego zapewne mógłbym ograć całą masę krótszych gier. Całe szczęście, że już dawno porzuciłem World of Warcraft, największego pochłaniacza czasu, albo w ogóle mógłbym zapomnieć o graniu dla fabuły.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.