A Way Out – rewelacja bez rewolucji


O istnieniu A Way Out od Hazelight dowiedziałem się w okolicy premiery, czyli jeszcze w 2018 i choć sam zamysł bardzo mi się spodobał, to szybko zapomniałem o tym tytule. Cóż, każdy z nas popełnia błędy. Ostatnio nareszcie miałem możliwość nie tylko zagrać, ale także i ukończyć ten tytuł. To gra, która idealnie spełnia moje oczekiwania i chociaż nie jest pozbawiona błędów, a do ideału jej daleko, warto było spędzić z nią te kilka godzin.

Zaczynając A Way Out należy wiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, to interaktywny film wypełniony po brzegi mini-gierkami. Po drugie, to jest doświadczenie zaprojektowane specjalnie z myślą o dwóch graczach. Ta wiedza sprawi, że będzie wam dużo łatwiej tolerować pewne nieścisłości lub błędy. Bo jeśli się czepiać, to tych można znaleźć całkiem sporo. 

Przede wszystkim, gra jest krótka. Bez specjalnego pośpiechu udało nam się ją ukończyć poniżej sześciu godzin – a na mini-gierki straciliśmy całkiem sporo czasu, zwłaszcza na siłowaniu na rękę. Choć akurat to może być plusem, biorąc pod uwagę, jak ciężko czasami jest skoordynować ze znajomymi czas na wspólne granie. 

Vincent (trzymający pistolet) i Leo rozmawiają z Jasmine, handlarką broni.

Plusem natomiast nie można nazwać sztywnych animacji czy nie do końca dopracowanych mechanik gry. Sceny pościgów są emocjonujące, ale czasami emocje gasną przez drewniane sterowanie albo motocykl, który utknął na barierce. Strzelaniny również są uporczywe, bo nie dość, że celowanie jest dość toporne to jeszcze przynajmniej połowa broni najwyraźniej ma w magazynkach brokat, sądząc po ich sile rażenia.

Dodatkowo można czasami odnieść wrażenie, że jak na grę opierającą się na kooperacji ta jest bardzo płytka. Etapy są mocno liniowe, więc ciężko o sytuacje, w których dochodzi do prawdziwej współpracy, najczęściej polegaja ona na znalezieniu się w tym samym miejscu i wciśnięciu przycisku w tym samym czasie, co partner lub partnerka. Pod tym względem o wiele lepiej radziły sobie stare już Splinter Cell: Conviction czy Blacklist.

Dlatego właśnie pisałem, że ważne jest odpowiednie podejście graczy do tego tytułu. Oczekując rozbudowanej gry wprowadzającej rewolucję dla trybu kooperacji zawiedziemy się i to srogo. Oczekując interaktywnej historii dla dwóch graczy przeplatanej rywalizacją w mini-gierkach powinniśmy być zadowoleni. 

Vincent i Leo wspinają się zapierając się o siebie plecami.

Fabuła A Way Out jest niezła i wciąga od pierwszych momentów, ale prawdziwą siłą są główni bohaterowie, Leo i Vincent, a właściwie to ich interakcje ze sobą. Dialogi są naprawdę ciekawie napisane i zabawne, a protagoniści pasują do siebie i się świetnie uzupełniają. Początkową niechęć i nieufność pod wpływem wydarzeń z gry szybko przekuwają w coraz to bardziej zażyłą przyjaźń, co jeszcze bardziej wzmacnia odczucia związane z zakończeniem gry.

Ogromnym plusem jest też zróżnicowanie rozgrywki i brak powtarzalności. Czy to skradanie, strzelanie i pościgi, każdego jest tylko trochę. Niektóre etapy są jeszcze bardziej unikalne, jak wspinaczka czy przywodząca na myśl bijatyki z automatów z połowy lat 90-tych z ekranem przesuwającym się w lewo. Takie pojawiają się tylko raz. Dzięki temu ciężko się znudzić jakimiś mechanikami, a jeśli któraś nam wyjątkowo nie pasuje, jest niewielka szansa, że pojawi się ona ponownie.

Na wyróżnienie zasługuje również praca kamery i niemalże stale podzielony ekran. Większość czasu, nawet grając na osobnych telewizorach / monitorach, ekran zostaje podzielony tak, że gracze cały czas widzą to, co dzieje się u drugiego. Czasami jednak proporcje podziału się zmieniają, by podkreślić wagę jakichś wydarzeń, albo pokazać coś jeszcze, na co można by nie zwrócić uwagi. Za to niesamowita scena ucieczki ze szpitala jest tym bardziej efektowna, że nagrana jest jednym długim ujęciem bez ani jednego cięcia. Świetna robota! Choć czasami przez to może dojść do sytuacji, w której jednocześnie toczone są dwa różne dialogi i na ekranie, a przede wszystkim w słuchawkach, robi się chaos. 

Vincent i Leo podziwiają krajobraz leśny

A Way Out bardzo dużo czerpie z innych gier i filmów, ale to akurat zaleta. Bierze znane i lubiane zabiegi fabularne i stosuje je zawsze w najbardziej odpowiednim do tego miejscu, dzięki czemu historia doskonale gra na naszych oczekiwaniach i wie, gdzie nacisnąć, żeby zabolało, a gdzie połaskotać, żeby bawiło. W efekcie o wszystkich bolączkach i problemach gry zdałem sobie sprawę dopiero po fakcie, gdy opadły ze mnie emocje związane z historią.

Czy to źle? Czy to dobrze? Odpowiedź na pewno jest gdzieś pośrodku. Na pewno dzięki temu nic nie psuło mi przyjemności z rozgrywki i naprawdę świetnie się bawiłem grając w A Way Out. Z drugiej strony, te błędy tam nadal są, te niedopracowane mechaniki nadal irytują i utrudniają grę, a drobne fabularne nieścisłości kłują mnie tym mocniej, im dłużej się nad nimi zastanawiam. 

Jeżeli macie wolne kilka godzin i kogoś do grania, jestem pewny, że nie pożałujecie czasu spędzonego z A Way Out. Tym bardziej, że wystarczy, że tylko jeden z graczy będzie posiadał kopię gry, co jest fantastycznym pomysłem!


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Skip to content