Jak pech, to Pech – recenzja powieści Szamanka od Umarlaków

Okładka książki Szamanka od Umarlaków Martyny Raduchowskiej

W swoim życiu czytałem wiele książek, które mnie wciągnęły. Czasami fabuła była tak intrygująca, że nie mogłem spać, bo wciąż trawiłem wydarzenia z powieści. Czasami z kolei postacie są tak doskonale opisane, że niemalże żywe. Ale nie, to nie o takich książkach chcę dzisiaj opowiedzieć, zresztą takich książek są tysiące. A ile znacie powieści, w których narracja jest tak cudownie napisana, że trzysta pięćdziesiąt stron opisu tego, jak liść powiewa na wietrze, to wcale nie za dużo? Bo Szamanka od Umarlaków Martyny Raduchowskiej to taka właśnie powieść.

Nie martwcie się, nie ma tam wcale przydługich opisów, nic z tych rzeczy. Zwyczajnie styl pisania autorki tak bardzo przypadł mi do gustu, że ciężko to oddać bez popadania w skrajny przesadyzm! Ale może zachowajmy pozory porządku w tej recenzji.

Ida Brzezińska ma Pecha

Ida Brzezińska to świeżo upieczona studentka psychologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Ekscytuje się na myśl o mieszkaniu w akademiku, ale przede wszystkim cieszy ją, że nareszcie uwolni się od swoich rodziców. Widzicie, owi rodzice są tradycjonalistami i woleliby, żeby Ida poszła w ich ślady i została czarodziejką. Tak, właśnie czarodziejką. Idzie jednak wcale ten pomysł się nie podoba, gdyż uważa magię za stek bzdur, a talentu do niej nie ma za grosz.

Nie zdradzając zanadto fabuły wystarczy wiedzieć, że Ida ani czarodziejką, ani psycholożką nie zostanie, gdyż na jaw wychodzą jej inne talenty – takie, jak choćby umiejętność rozmawiania z umarlakami. I mniej więcej o tym jest cała historia, jak to ciężko jest być normalną studentką, kiedy obowiązki medium wcale życia nie ułatwiają. Historia, która zresztą doskonale broniłaby się i z przeciętną narracją. Wybaczcie, ale pomimo tygodni, które minęły od lektury, nadal nie potrafię przestać się zachwycać kunsztem językowym autorki!

Książka Szamanka od Umarlaków otwarta na stronie z rysunkiem

… a może to Pech ma Idę?

Ida jako główna bohaterka posiada pewną zaletę, która jest dość rzadko spotykana pośród nastoletnich bohaterek – nie jest głupia. Potrafi skutecznie ocenić zagrożenie i robi, co może, by nie wpadać w kłopoty, choć rzecz jasna, nie zawsze jej się to udaje. To nadaje jej postaci dużo głębi i sprawia, że jej doświadczenia są naprawdę wciągające.

W ogóle ogromną zaletą powieści jest jej nieprzewidywalność. Idę co i rusz spotykają przygody o tyle interesujące, co zaskakujące. Autorka całkiem skutecznie unika znanych i ogranych schematów fabularnych, przez co żadna scena nie nudzi. Trochę kuleją niektóre postacie, zwłaszcza te wprowadzone w drugiej połowie, bo są dość płaskie, a na ich rozwój zwyczajnie nie starczyło czasu. Niektóre fragmenty mogą przez to wydawać się mniej wyraziste od pozostałych. Z drugiej strony, mógł to być zabieg celowy – książka bardzo wyraźnie jest opisana jako część serii, która obecnie liczy trzy powieści: Szamanka od Umarlaków, Demon Luster oraz Fałszywy Pieśniarz.

Z jednej strony, może to być zaletą. Wiadomo, że czytelnik spędzi z postaciami dużo więcej czasu, więc będzie jeszcze czas na nawiązanie mocniejszych relacji z bohaterami książki. Niestety, oznacza to też, że historia jest niekompletna, a zakończenie mało satysfakcjonujące. Kiedy widziałem, że do końca zostało zaledwie dwadzieścia stron, a wątki wcale nie zbliżają się ku końcowi, wywołało to pewien niesmak.

Wracając jeszcze na chwilę do postaci należy przyznać, że są one wszystkie odpowiednio wyjątkowe i unikalne. Zwłaszcza ciotka Tekla, nauczycielka Idy ucząca ją jak być medium, zasługuje na wiele słów pochwały. Jest to doskonały przykład tego, jak przez odpowiednie zabiegi narracyjne sympatie czytelników mogą pokrywać się z sympatiami bohaterki. Ciotka Tekla z początku wydaje się obcesowa, wredna i odpychająca. Jednak wystarczy poznać ją lepiej razem z Idą i, owszem, nadal zostaje obcesowa, wredna i odpychająca, ale jednocześnie staje się urocza, kochana i pełna wsparcia.

Prawdziwe medium nie ma w życiu lekko

Są takie aspekty powieści, które ciężko jednoznacznie uznać za wady, a jednak nie do końca mi pasowały. Jednym z takich są niektóre przeskoki fabularne. Przykładowo, gdy jedna scena kończy się rozpoczęciem przez Idę szkolenia na medium, kolejny rozdział rozpoczyna się już po jego zakończeniu. Fakt, że z punktu widzenia fabuły proces szkolenia był zbędny, jednak jestem przekonany, że te pominięte wydarzenia miały potencjał na ciekawe lub też zabawne sceny.

książka Szamanka od Umarlaków Martyny Raduchowskiej na stole obok kubka z herbatą i świeczek zapachowych

Jako zarzut można by też przedstawić dość ograniczone przedstawienie świata magii, na tle którego przecież dzieją się wydarzenia z powieści. Wiemy, że istnieją czarodzieje i czarodziejki, jest magia i magiczne stworzenia, ale nie wiemy o tym w zasadzie nic poza tym, że istnieją i gdzieś tam są. Znowu, dla bezpośredniej fabuły nie ma to znaczenia, ma nawet pewne uzasadnienie w tym, że Ida celowo niczego o magii wiedzieć nie chciała, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest tutaj pełno niewykorzystanego potencjału.

I ostatecznie mojej sympatii nie wywołała obecność Okhmhaki, Małego Indianina, choć przyznaję, że może to zwykłe czepialstwo z mojej strony. Nie wiem jednak, czy używanie Rdzennego Mieszkańca Ameryki jako magicznej postaci, a także określanie go niepoprawnym terminem Indianina, jest na miejscu. W każdym razie te sceny sprawiły, że czułem się trochę nieswojo, choć z drugiej strony w samej treści niczego rasistowskiego nie znalazłem. Natomiast Łapacz Snów, który później został wprowadzony jako osobna postać, jest genialny i uroczy i sam bym takiego chciał.

Umarlaki nie takie straszne?

Choć powyższy tekst ostatecznie przyjął nieco marudny ton, nie zrozumcie mnie źle. Szamanka od Umarlaków to świetna powieść, wciągająca i angażująca, pełna zarówno zabawnych jak i przerażających scen, którą naprawdę warto przeczytać. Martyna Raduchowska ze swoimi umiejętnościami swobodnie plasuje się w ścisłej czołówce moich ulubionych twórców i twórczyń, i bez wątpienia sięgnę po kolejne jej książki.

Należy raz jeszcze podkreślić, że narracja powieści to jej zdecydowanie najmocniejsza strona. Książkę czyta się lekko i przyjemnie, dowcipy są faktycznie zabawne, a sceny, które mają być straszne takie właśnie są. Cały czas odnosiłem wrażenie, że sama autorka świetnie się bawiła podczas pisania i to uczucie jest zaraźliwe! No i bardzo miłym zaskoczeniem dla mnie był całkowity brak romansu w powieści, dzięki czemu mogliśmy się skupić na faktycznej historii! Myślę, że zdecydowanie potrzebujemy więcej takich książek.

Nieszablonowa, inna, niż typowe fantasy, a przede wszystkim rewelacyjnie napisana – a nie da się ukryć, że w powieściach to niesamowicie ważne. To nie książka, która odmieni Twoje życie, ale na pewno poprawi Twój humor!


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Skip to content