Rainbow Six Extraction – recenzja. Taktyka kontra pasożyt.


Na początku szło Wam naprawdę nieźle. Archaiki się Was nie spodziewały, więc do odgrodzonego ośrodka weszliście niczym gorący nóż w masło. Ale szybko zaczęły się problemy. Jeden z nich wrzasnął przerażająco, a wtedy te wszechobecne narośle biomasy zaczęły z siebie wypluwać coraz więcej obcych. Nagle okazało się, że wasze zapasy amunicji wcale nie są takie duże, jak się wydawało.

Wystarczyła chwila nieuwagi i jeden z operatorów padł na ziemię cięty szponami przez plecy. Twój towarzysz skoczył do niego, bo przecież nie zostawiacie swoich, prawda? Próbował go odciągnąć w bezpieczne miejsce, ale archaików było zbyt wielu. Nabojów w magazynku nie starczyło na długo.

Szalony sprint w kierunku strefy lądowania. Ostrzał na ślepo przez ramię. Byle szybciej, byle spowolnić przeciwników choćby na jeden moment. Odgłos wirnika śmigłowca był wyraźny, ratunek wydawał się na wyciągnięcie ręki. Ostry ból w nodze zachwiał Twoją równowagą. Ogromny ciężar docisnął Cię do ziemi. Brak czucia w ciele, światła zgasły, dźwięki zamilkły. Opanowała Cię ciemność… i strach.

Every action causes an equal REACTion

Rainbow Six Extraction to najnowsze dziecko Ubisoftu, studia, które jak żadne inne potrafi wzbudzać skrajne emocje w graczach. To budzący kontrowersje spin-off Rainbow Six Siege, budzącej niegdyś kontrowersję ewolucji znanej i szanowanej serii gier opartej o twórczość Toma Clancy’ego. Samo Extraction to ewolucja i rozwinięcie halloweenowego wydarzenia Outbreak z 2018 roku. Tak jak i tam operatorzy Tęczy mierzą się z pozaziemskim przeciwnikiem sterowanym przez AI. Tak jest, w tej grze nie ma ludzkich przeciwników, co jest na dobrą sprawę genialnym posunięciem. Nie dość, że to powiew świeżości względem niemalże siedmioletniej poprzedniczki to jednocześnie Extraction nie jest konkurencją dla wciąż wspieranego tytułu.

Naturalnie nie da się w przypadku takiej gry uniknąć porównania do Rainbow Six Siege. Weterani tego tytułu poczują się tutaj… no, może nie jak w domu, ale na pewno jak u znajomych lub krewnych. Podobieństw jest wystarczająco wiele, żeby stare nawyki i odruchy nadal się sprawdzały. Broń, większość ekwipunku czy nawet do pewnego stopnia umiejętności operatorów działają do złudzenia tak samo, choć rzecz jasna niektóre musiały zostać podrasowane lub zmienione, żeby lepiej nadawać się do rozgrywki Player vs Environment.

Wiedza to połowa sukcesu

Operator Vigil wpatrujący się w ekran urządzenia
Czasami każdy potrzebuje się trochę odstresować i sprawdzić social media.

Jedną z nowinek jest liniowy rozwój postaci. Wykonując kolejne misje i odnosząc sukcesy zdobywamy punkty doświadczenia, które mają podwójne znaczenie. Operator, którym gramy, rozwija swoją umiejętność, a także może odblokować dostęp do innych broni. Na maksymalnym, dziesiątym poziomie doświadczenia jest on odczuwalnie potężniejszy, niż gdy po raz pierwszy wyrusza w teren. Dodatkowo, zdobyte punkty doświadczenia przekładają się także na poziom konta / gry – odpowiednia liczba punktów pozwala na odkrycie kolejnego kamienia milowego. To one wpływają na to, do ilu operatorów mamy dostęp, na jakich mapach możemy grać, a także z jakiego sprzętu możemy korzystać.

Ruszając na misje możemy dostosować wyposażenie operatorów pod swoje preferencje i zadania, które nas czekają. Broń można modyfikować w podstawowy sposób, a także zdecydować jakiego rodzaju sprzęt weźmiemy ze sobą. Do wyboru jest całkiem pokaźna liczba granatów, min, dronów zwiadowczych i innych wyszukanych gadżetów. Wbrew pozorom i przyzwyczajeniom z innych gier tutaj odpowiedni dobór operatorów i sprzętu ma kluczowe znaczenie w powodzeniu misji. Wszystko to dlatego, że rozgrywka w Extraction kładzie duży nacisk na planowanie, wywiad i przede wszystkim skryte działanie.

Regularna armia przegrywa, gdy nie wygrywa. Partyzanci wygrywają, gdy nie przegrywają

drzwi śluzy oddzielającej dwie strefy skażenia
Drzwi zaraz się otworzą, kto wie, co się za nimi kryje. Jedna z najbardziej napiętych chwil podczas najazdu.

Tutaj, w przeciwieństwie do Rainbow Six Siege, toczona walka ma charakter asymetryczny. Operatorów może być maksymalnie troje, a przeciwnicy dysponują w teorii nieograniczonym zasobem sił. I choć każdy członek Tęczy ma przy sobie ogromny zapas amunicji to ostrożna i przemyślana taktyka sprawdzą się dużo lepiej niż sianie ołowiem na lewo i prawo. Używanie tłumików, skanowanie otoczenia, strzelanie przez ściany, trafianie w słabe punkty przeciwników czy wzmacnianie słabych punktów obrony mocno ułatwiają starcia. Są one również dodatkowo punktowane przez system doświadczenia.

To sprawia, że Rainbow Six Extraction to gra skierowana raczej do graczy, którzy doceniają wagę taktyki i skrytego działania. Próba grania niczym w Call of Duty skończy się zdecydowanym zawodem, bo nie była ona przygotowywana z myślą o takiej rozgrywce. Owszem, gdy coś pójdzie nie tak równie ważne okazuje się celne oko i szybkość pociągania za spust, ale powinna to być ostateczność, aby czerpać z tej gry odpowiednią dozę rozrywki.

Trójka nie z tej ziemi

operator REACT niosący pod pachą metalowy pojemnik
Taki termos w terenie to zbawienie dla morale.

Na pochwałę zdecydowanie zasługuje również oprawa audio-wizualna gry. Graficznie i technologicznie jest po prostu okej. Ale to przede wszystkim mapy budują fantastyczny, nieznany i przerażający klimat, przywodzący trochę na myśl serię Obcy z Sigourney Weaver. Obszary, na których walczymy, przejęte zostały przez wrogą florę. Tu i tam znajdziemy coś na kształt drzew czy narośli, a wszystko to wydaje niepokojące odgłosy, które nie pozwalają na chwilę relaksu nawet, kiedy w pobliżu nie ma żadnych przeciwników. I choć sama gra fabułę ma zaledwie szczątkową, czytanie wpisów z kodeksu, które odblokowujemy wraz z postępem gry, potrafi wciągnąć nie mniej niż sama rozgrywka.

Niestety, map nie ma wiele. Każdy z rejonów ma tylko trzy obszary podzielone na trzy strefy, więc już po kilku rozgrywkach zaczyna się robić powtarzalnie. Na szczęście każda gra jest trochę inna od poprzedniej, bo misje są zróżnicowane i losowe. Niektóre nie wymagają od nas w ogóle walki, inne z kolei wymuszają ciche działanie. Co ciekawe, niepowodzenie nie kończy rozgrywki – nawet, jeśli nie osiągniemy wyznaczonego celu możemy przejść do kolejnej strefy i spróbować sił w kolejnym wyzwaniu, zakładając, że choć jeden z operatorów przeżyje.

To kolejna nowość, która dodaje pikanterii każdej wyprawie – pokonany operator, jeżeli nie zostanie uratowany przez kogoś z drużyny, dostaje status Zaginionego w Akcji. Oznacza to, że potrzebna jest kolejna wyprawa, aby go odbić, albo nie będziemy mogli z niego korzystać, a część naszego postępu zostanie cofnięta. Tak samo każdy poważnie ranny operator będzie potrzebował czasu, aby z powrotem nabrać sił. To wymusza ostrożność i sprawia, że każde starcie jest pełne napięcia.

Szczęście sprzyja zuchwałym

Śmigłowiec ewakuacyjny
Ulga na widok śmigłowca jest przeogromna.

Na chwilę obecną gra nie oferuje wielu trybów rozgrywki. Mamy podstawowe najazdy w czterech obszarach, cotygodniowe zadania oraz dodatkowy tryb Maelstrom Protocol, w którym otrzymujemy trzy razy więcej zadań, poziom trudności rośnie wraz z postępami, a do dyspozycji mamy ograniczoną liczbę operatorów. Oczywiście, można (a nawet należałoby) wykonać wszystkie badania w najazdach, a następnie każdego operatora doprowadzić do najwyższego poziomu, ale brakuje tutaj urozmaicenia. Około 40h rozgrywki wystarczy, aby gra pokazywała 100% postępu (choć nie uwzględnia to wszystkiego, co gra oferuje). Co prawda Ubisoft zapowiada dalsze wsparcie gry, nowe wyzwania i operatorów, ale historia pokazuje chociażby na przykładzie The Division 2, że nie zawsze potrafią się wywiązać z takich obietnic.

Zależnie od gracza, to może być poważną wadą. Odrobina taktyki i walki z ukrycia wystarczy, żebym prywatnie uznał grę za tytuł roku i spokojnie mógłbym spędzić kolejne czterdzieści godzin robiąc dokładnie to samo, ale zdaję sobie sprawę z tego, że jestem w zdecydowanej mniejszości. W przeciwieństwie do Siege, gdzie charakter walki z innymi graczami mocno wydłuża żywotność tytułu, tutaj brakuje czegoś, co utrzyma graczy na dłużej.

Podsumowując, warto

Z uczciwości należy wspomnieć o drobnych błędach technicznych, takich jak sporadyczne problemy z połączeniem z serwerami Ubisoftu czy usterki w przenoszeniu ustawień wyposażenia / skórek operatorów między wersjami gry (swoją testowałem zarówno na Xbox Series X jak i na PC, dzięki temu, że gra wspiera cross-save i cross-play). Kilkukrotnie zdarzało się też, że niektóre granaty po prostu nie działały. Extraction potrafi też wyrzucić komunikat, że gracz, którego próbujemy zaprosić do oddziału z poziomu gry ma inną wersję gry i nie można go zaprosić – choć wtedy wystarczyło zaprosić go z poziomu menu konsoli. Na szczęście, jak na grę Ubisoftu to naprawdę nieliczne problemy, z których większość nie psuje dobrego wrażenia.

Ostatecznie Rainbow Six Extraction to nie jest żadną miarą rewolucyjny tytuł. To po prostu porządny kawałek taktycznej strzelanki. W czasach, kiedy coraz ciężej o dobry tytuł do gry w co-opie na dłużej to bardzo kusząca propozycja. Zarówno zabawa solo jak i w zespole sprawia ogromną frajdę. Wykonanie misji daje poczucie satysfakcji, a każdą porażkę odczuwamy zaskakująco osobiście. To tytuł zdecydowanie warty swojej ceny, choć początek może być trochę mało imponujący. Mimo to warto dać mu kredyt zaufania na kilka godzin, aby faktycznie poczuć klimat i zrozumieć panujące tutaj zasady. Rainbow Six Extraction to moje osobiste spełnienie marzeń i mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Skip to content