Przeklęta – recenzja. Gdyby miecz wybrał królową


Nieważne, co sądzi się o Grze o Tron od HBO nie da się zaprzeczyć, że w pewien sposób ten serial zmienił sytuację gatunku dark fantasy. Gdyby nie on Netflix zapewne nie odważyłby się na zrealizowanie Wiedźmina. Z kolei gdyby nie Wiedźmin, podejrzewam, że Przeklęta także miałaby nikłe szanse na ujrzenie światła dziennego. Ta alternatywna interpretacja arturiańskich legend wydawała mi się dobrym pomysłem na zapełnienie pustki w oczekiwaniu na trzeci sezon przygód Geralta. Zwłaszcza, że główną bohaterką jest Nimue (w tej roli znana z Trzynaście powodów Katherine Langford), znana u nas przez niektórych jako Pani Jeziora.

Feministyczne fantasy dla każdego!

Żeby nie pozostawiać żadnych wątpliwości, powiązania z legendami o królu Arturze są tutaj tylko dość powierzchowne, najczęściej ograniczając się do imion postaci. Mamy więc Merlina, Uthera Pendragona, Artura, Morganę, samą Nimue, nawet, jeżeli dobrze poszukać, znajdziemy gdzieś paru rycerzy okrągłego stołu. I o ile Uther także jest tutaj królem, a Merlin czarodziejem, tak znajomość mitologii celtyckiej za bardzo nam się tutaj nie przyda i nie zdradzi zbyt wiele z wydarzeń i samej historii.

Wir ognia i dymu pochłaniający budowlę
Jakości efektów nie można niczego zarzucić!

Historia to w zasadzie najmocniejsza część tego serialu, zwłaszcza po piątym odcinku, kiedy zdecydowanie Przeklęta nabiera tempa. Nimue należy do rasy Fey, istot podobnych ludziom, ale mających magiczne korzenie. Z tego powodu zbrojne ramię Kościoła, Czerwoni Paladyni, przemierzają Anglię wzdłuż i wszerz paląc wioski w poszukiwaniu heretyków i istot nie do końca ludzkich. W wyniku zbiegu okoliczności główna bohaterka otrzymuje miecz, Czarci Ząb, który musi dostarczyć do jakiegoś Merlina. Wyjawienie większej liczby szczegółów popsułoby przyjemność z poznawania tej historii samemu. Możecie mi jednak zaufać, że sama fabuła serialu jest naprawdę niezła.

Ciarki, po prostu ciarki! Z zażenowania

Gorzej z postaciami i ich decyzjami. Cóż, czasami po prostu zdarza się, że aby działa się fabuła, ktoś musi zrobić coś głupiego. Na przykład postać oznajmia cel swojej misji, ale na początku kolejnego odcinka zachowuje się, jakby zupełnie o tym nie pamiętała. Albo postać, która w prosty sposób mogłaby spełnić swoje zadanie, postanawia bardzo, ale to bardzo mocno je sobie skomplikować. Z kolei w innym przypadku postacie są przesadnie wrogie (bądź przeciwnie, przesadnie przyjazne) wobec osób, które im ku takim zachowaniom nie dały żadnych przesłanek i nie wynika to wcale z ich charakterów. Od twórców Gry o Tron podpatrzono też umiejętności teleportacji: kilkorgu postaci zdarza się docierać do miejsc w nieprawdopodobnie krótkim czasie, żeby chwilę później znowu pojawić się gdzieś daleko. Aby dotrzeć do końca, trzeba niestety zacisnąć zęby w kilku momentach.

Płaczący Mnich z serialu Przeklęta. Młody mężczyzna z tatuażami pod oczami, odziany w czarny płaszcz
Ma czarny płaszcz i tatuaże pod oczami. Od razu wiadomo, że to kozak.

Najgorzej jednak Przeklęta radzi sobie ze scenami walki. To mieszanka źle przećwiczonej choreografii, holywoodzkiej taktyki oraz przedkładania fabuły nad logiką pola bitwy. Kilkukrotnie postacie wychodzą cało z nierównych walk tylko dlatego, że przeciwnicy grzecznie ustawiają się w szeregu i atakują pojedynczo. Bardzo mocno daje to odczuć, że niektóre postacie mają tzw. plot armor. Innymi słowy przeciętna postać zostałaby już dawno zabita. Natomiast dlatego, że to ktoś ważny dla historii, jakimś cudem udaje mu się ujść z życiem. Sprawia to, że bardzo ciężko poczuć niepokój o losy postaci. Trudno też traktować na poważnie reputację postaci jako największego wojownika, gdy jego przeciwnicy stanowią dla niego tak znikome zagrożenie. Jedyne, co mogliby zrobić, aby ułatwić mu tę walkę, to przyłożyć własne ostrza do swoich gardeł.

Nie aż tak mocno Przeklęta

Na pochwałę zasługują przede wszystkim plenery i scenografia. Widać, że w niektórych miejscach starano się przyoszczędzić, ale wychodzi to raczej przy ponownym wykorzystaniu miejsc niż ich jakości. Zwłaszcza sceny w lasach i jaskiniach urzekają pięknem i niejeden kadr nadaje się doskonale na relaksującą tapetę. Efekty również trzymają dość wysoki poziom z drobnymi wyjątkami w pierwszych odcinkach. Zarówno CGI jak i animowane przejścia pomiędzy scenami są wykonane naprawdę dobrze i są przyjemne dla oka.

Merlin z serialu Przeklęta.
Nie da się zaprzeczyć, 75% uroku tego serialu to zasługa Merlina.

Nie umiem także napisać niczego złego o samym castingu ani grze aktorskiej. Każdy gra bez zarzutów i nie mogę się przyczepić do ich umiejętności. Nie jest to może serial godny nagrody Emmy, ale Artur (Devon Terrell), Merlin (Gustaf Skarsgård), przede wszystkim Płaczący Mnich (Daniel Sharman) i nawet sama Nimue to świetnie zagrane postacie. Bardziej można przyczepić się do wątku romantycznego, bo tempo fabuły sprawia, że romans pomiędzy główną dwójką po prostu się staje. Coś poszło nie tak, jeżeli poboczny wątek miłosny trwający bodajże trzy odcinki jest dużo ciekawszy od tego głównego.

Jury jednoglośnie stwierdza, że Przeklęta jest…

Więc… czy Przeklęta to serial godny polecenia? Nie wiem. Autentycznie nie umiem udzielić odpowiedzi na to pytanie. Fabuła mnie wciągnęła. Postacie są ciekawe i przechodzą całkiem fajne transformacje charakterologiczne. Jednak czasami niektóre sceny potrafią być niesamowicie głupie. Z jednej strony chciałem wiedzieć, co wydarzy się dalej. Z drugiej strony, gdy niektóre rzeczy już się działy, rwałem włosy z głowy. Chyba musicie samodzielnie podjąć decyzję, czy warto ryzykować. Albo i nie, co ja Wam będę mówił. Decyzję może Wam ułatwi wiadomość, że serial wyszedł w 2020 roku i prawdopodobnie, choć brakuje oficjalnego potwierdzenia, drugiego sezonu się nigdy nie doczeka.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Skip to content